Arien
od kilku dni zmierzała w kierunku wskazanym przez matkę. Jej celem była stara,
opuszczona dziesiątki lat temu pustelnia, gdzie- przynajmniej miała taką
nadzieję- mogłaby znaleźć chwilowe schronienie i być może odpowiedź na pytanie,
dlaczego ściga ją królewska straż. Z tego, co opowiadali jej rodzice wiedziała,
że nielicznych z nich królowa obdarowała specyficznym darem. Owi wybrańcy,
tworzący elitarną jednostkę, otrzymywali niewielką cząstkę magii, dzięki której
mogli wyczuć, kto jest istotą magiczną. Podobno korzystając z tejże mocy
wyśledzili wiele osób o czarodziejskich zdolnościach i zdusili w zalążku wiele
buntów. Postanowiła, więc ze względów bezpieczeństwa unikać głównych traktów. Właściwie
jej wędrówka sprowadzała się do przedzierania się przez poszycie lasu, które w
tych rejonach składało się głownie z kolczastych roślin. Kilkakrotnie zmieniała
kierunek wędrówki, mimo to momentami miała wrażenie jakby ktoś ją śledził i
obserwował. Co wydawało się kompletnym bezsensem, bo zamiast ją śledzić mogli
ją pojmać i już dawno powinna być zakuta w kajdany w jednym z wielu owianych
wątpliwą sławą więzień. Chyba, że mieli nadzieję iż doprowadzi ich do Arterian,
owianych złą sławą buntowników, swoistego ruchu oporu.
Wędrówka mająca trwać
trzy dni wydłużyła się do pięciu, a brak snu i nieliczne przerwy na odpoczynek
coraz bardziej dawały się jej we znaki. Wyczerpana przycupnęła na omszałym
głazie i wygładziła zniszczoną sukienkę, po czym zebrała trochę suchych gałęzi
i rozpaliła je za pomocą krzesiwa. Do glinianego kubka wrzuciła odrobinę dziko
rosnących warzyw, które znalazła niedaleko. Ostrożnie ustawiła naczynie na prowizorycznym
palenisku i wyciągnęła dłonie w kierunku ognia, aby je ogrzać. Chwilę później poczuła
delikatne uderzenie, zerknęła w bok gdzie jeszcze toczył się orzech. Puk! Znowu
obrywa, tym razem żołędziem. Poirytowana wstała i uzbrojona w grubą gałąź zaczęła
rozglądać się za sprawcą zamieszania. Wśród drzew rozległ się cichy szelest i
moment później w zasięgu wzroku dostrzegła swoją rudą pupilkę. Pochyliła się na
tyle, aby podnieść wiewiórkę.
- Nigdy więcej tak mnie
nie strasz!- Z udawaną złością pogroziła zwierzątku, które zabawnie
przekrzywiło główkę.- Wygląda na to, że zostałyśmy same- dodała ze smutkiem.
Usiadła na ziemi podciągnęła kolana i ukołysana cichym szlochem odpłynęła w
objęcia morfeusza, czując przy boku kojąco ciepło zwierzątka.
Gęsta
mgła rozwiała się ukazując monumentalne ruiny. Dziewczyna z wahaniem ruszyła w
ich kierunku. Przyłożyła rękę to zniszczonych kamieni wyczuwając każdą
najmniejszą niedoskonałość. Pod palcami wyczuła coś jeszcze… Ze zdumieniem
stwierdziła, że mury emanują pulsującym ciepłem. Odchyliła zasłonę bluszczu i
weszła na dziedziniec. W centrum znajdował się kamienny tron, na którym
siedziała kobieta o płomiennych włosach częściowo skrytych pod kapturem.
Odziana w szafirową suknie wykończoną złotym haftem roztaczała wokół siebie
naturalny majestat. Miała wrażenie jakby jej ciemne oczy przewiercały ją na
wylot.
-
Czekałam na Ciebie- oznajmiła melodyjnym głosem.
-
Dlaczego? Kim jesteś?
-
Jam jest jedną z ostatnich. Jam jest tą, której przeznaczeniem jest Cię ostrzec.
-
Ostrzec? Przed czym?
-
Czas tyrani dobiega końca- kontynuowała jakby nie usłyszała pytania Arien.- Lecz
to od ciebie będzie zależeć czy wybraniec zasiądzie na tronie. Będziesz musiała
pokonać wiele trudności, podjąć decyzje, które wpłyną na losy nas wszystkich. Posiadasz
moc, której jeszcze nie rozumiesz a w której poznaniu pomogą Ci kapłanki.
-
Jakie kapłanki?
-
Na odpowiedzi przyjdzie jeszcze czas.-Miała wrażenie jakby przez twarz nieznajomej
przemknął cień uśmiechu.- Jesteś
dokładnie taka jak to sobie wyobrażałam.- podniosła dłoń na wysokość
twarzy dziewczyny ale szybko ją cofnęła.
Arien nie mogła oprzeć się wrażeniu, że chciał pogładzić ją po policzku.- Musisz
wsiąść na statek płynący na wyspę Sinon.
-
Dobrze…, ale co mam zrobić, gdy tam dotrę?- Zapytała niepewnie.
-
O ile będzie Ci dane dobić do brzegu- odpowiedziała z miną niezdradzającą
żadnych emocji.- I jeszcze jedno, musisz odszukać klepsydrę zaklinaczy- jej
słowom towarzyszył błysk światła, z którego uformował się wspomniany przedmiot.
W przeciwieństwie do jemu podobnych jej wnętrza nie wypełniał piasek a coś, co
przywodziło na myśl płynne światło mieniące się różnymi odcieniami zieleni. Zauroczona
dziewczyna zapragnęła jej dotknąć, gdy była tego bliska w kierunku dłoni
wystrzeliły małe świetliste węże.- Nie jesteś gotowa, jeszcze nie.- Po tych
słowach kobieta zaczęła dosłownie rozpływać się w powietrzu
-
Poczekaj!- chciała złapać kobietę ale
jej dłonie przeszły jak przez mgłę.
-
Spotkamy się ponownie w Zatoce Snów.
Tajemnicza
dama zniknęła nie pozostawiając po sobie śladu.
Delikatny podmuch
wiatru obudził Arien z niespokojnego snu o pięknej kobiecie, która kazała jej
odszukać jakąś magiczny klepsydrę. Zaspana przetarła oczy i ze zdumieniem stwierdziła,
że nie znajduje się w tym samym miejscu, co przedtem. Zamiast skał, wśród
których zatrzymała się, aby odsapnąć dostrzegła zrujnowaną pustelnię.
*
Znajdowała się na pokładzie statku, którego celem była
okryta tajemnicą wyspa Sinon. Na jej temat wśród ludzi krążyło wiele legend.
Jedna z nich głosiła, że w jednym z licznych tuneli znajduje się portal prowadzący
do innego świata.
Szczelniej otuliła się
podróżnym płaszczem, który znalazła w samotni. Był to jeden z przedmiotów,
jakie stamtąd zabrała. Brązowa tunika, spodnie i koszula z grubego materiału
zastąpiły jej zniszczone odzienie. W milczeniu obserwowała rozbijające się o
burtę fale. Tajemnice. Z każda chwilą było ich coraz więcej. Przytłaczający
ciężar odpowiedzialności utrudniał jej racjonalne myślenie. Miała wrażenie
jakby oddalała się od własnego ja. Do tej pory uważała się za zwykłą, niczym
niewyróżniającą się dziewczynę.
„ Jeśli to czytasz to
oznacza tylko jedno. Zdarzyło się coś czego obawialiśmy się od chwili gdy
zawitałaś w naszym domu a nas już nie ma.
„Narodziłaś
się w trudnych czasach. Po latach spokoju nastały trudne dni. ludzie pragnący
władzy krok po kroku, stopniowo acz metodycznie dążyli do celu, który powoli zaczęli
osiągać. Wraz z ich coraz to większymi sukcesami w Silmeardzie zaczął panować
chaos.
Chcielibyśmy
powiedzieć Ci więcej ale nasza rola już się skończyła. Staraliśmy się jak
najlepiej przygotować Cię na nadchodzące wydarzenia choć w głębi serca
liczyliśmy, że nigdy nie nadejdą. Skoro czytasz te słowa to znaczy, że stało
się inaczej a nas już nie ma wśród żywych.
Wiemy,
że masz żal do swoich rodziców o to, że- w twoim mniemaniu- porzucili Cię.
Musisz wiedzieć jedno- wszystko co zrobili czynili z myślą o tobie. Gdyby mieli
wybór z pewnością postąpiliby inaczej. Jednak ich rola w minionych wydarzeniach
była większa niż możesz się tego spodziewać o czym zapewne wkrótce się
przekonasz.
Kochający
rodzice,
Bree
i Cedric”
Słowa
listu napisanego na pożółkłym papierze wryły się jej głęboko w pamięci. Podejrzewała,
że gdyby ktoś obudził ją w środku nocy potrafiłaby go bezbłędnie wyrecytować. Zastanawiała
się kiedy mogli go napisać. Kilka dni a może lat temu?
Naciągnęła kaptur na
tyle, aby skryć zapłakane oczy. By schronić się przed coraz mocniej wiejącym
wiatrem zeszła pod pokład po skrzypiących schodkach. Klucząc pomiędzy ciasno
zbitymi ludźmi podeszła do nowo
poznanego mężczyzny pochylającego się nad opatuloną w ciepłe koce
dziewczynką
- Czasami mam wrażenie
jakby wszystko sprzysięgło się przeciwko mnie-bezsilnym gestem przeczesał
ciemne loki opadające na poznaczone zmarszczkami czoło
- Zawsze trzeba mieć
nadzieję. Żadna noc nie może być aż tak czarna, żeby nigdzie nie można było odszukać,
choć jednej gwiazdy. Pustynia też nie może być aż tak beznadziejna, żeby nie
można było odkryć oazy. Czasami trzeba pogodzić
się z losem. Zawsze gdzieś czeka jakaś mała radość.
- Nadzieja… od kilku miesięcy tylko
ona powstrzymuje mnie przed załamaniem. Moja córka jest ciężko chora, wędrujemy
po całym królestwie w poszukiwaniu leku. Więc nie mów mi, że mam pogodzić się z
losem!- Jego twarz wykrzywił grymas nieludzkiego bólu.
Wiedziała, co czuję. W końcu sama
niedawno straciła najbliższych, tylko że to co przeżywał Hagen były innego
rodzaju cierpieniem. Patrzenie jak twoje dziecko umiera i niemoc aby pomóc,
ulżyć mu w chociażby najlżejszy sposób.
Jasne włosy dziewczynki przykleiły
się do jej spoconego czoła a ciałem, co chwilę wstrząsały drgawki. Skóra była
pokryta licznymi, ropiejącym wrzodami. Arien usiadła na brzegu łóżka i sięgnęła
po stojący obok posłania kubek letniej wody. Z sakiewki przyczepionej do
skórzanego paska wyciągnęła garść ziół, które w połączeniu z cieczą stworzyły
gęstą papkę.
-Co ty robisz?- spytał takim głosem,
że Arien odniosła wrażenie jakby zastanawiał się co ma zrobić.
- Poczekaj.- poprosiła smarując drobne,
owrzodzone ciałko a gdy skończyła jedną dłoń położyła na klatce piersiowej dziewczynki
podczas gdy druga spoczęła na jej czole
Przez te kilka chwil miała wrażenie
jakby kierowała ją jakaś niewidzialna siła. Jej ręce
poruszały się jak gdyby same wiedziały co robić. Zamknęła oczy i powiedziała:
-
Waíse heill!*
Początkowo nic się nie
działo. Serce zaczęło jej przyspieszać, poczuła znajome drganie powietrza,
któremu towarzyszył przepływ energii między nią a dzieckiem. Kiedy odważyła się
ponownie na nią spojrzeć ujrzała jak rany znikają. Mężczyzna wydał cichy jęk
zdumienia a kiedy jego córeczka odzyskała przytomność chwycił ją w ramiona i
zaczął płakać ze szczęścia.
- Dziękuje- w jego
głosie było słychać ulgę i szczęście zarazem. Dziewczyna czuła się osłabiona,
odsunęła się, aby nie mącić rodzinnego szczęścia.
- Co tu się dzieje?- Znikąd
pojawił się mężczyzna w czarnej pelerynie z wyhaftowaną nań włócznią oplecioną
czerwonym pnączem. W tym momencie wolałaby nigdy się nie narodzić. Trafić w
takiej chwili wprost w łapy jednego z członków osobistej straży królowej
groziło tylko jednym. Śmierć. Prawdopodobnie to ją właśnie czekało. Przez cały
rejsc udawało się jej schodzić im z drogi ale chęć pomocy innym była taka silna…
- Nic takiego panie, ta
kobieta uzdrowiła moją córkę, ona jest… zielarką.- Mężczyzna próbował ratować
Arien, ale wahanie w jego głosie było aż nazbyt namacalne.
- Jak śmiesz łgarzu.- uderzył
go nabitą ćwiekami rękawicą.- Mów, kim jesteś!- Chwycił, Arien za przód tuniki,
spod której wyślizgnął się medalion.- Ty…- Szok i niedowierzanie ustąpiły
miejsca nieopanowanemu gniewowi.- Brać ją!- Rozkazał swoim towarzyszom. Ci związali
ją i w stalowym uścisku wywlekli na pokład. Jeden z nich pchnął ja na tyle
silnie, że upadła. W ustach czuła krew, wszystko zaczęło dookoła niej wirować i
kręciło się jej w głowie.
Najmłodszy ze
strażników, chłopak w jej wieku, szedł w
jej stronę z ciężkim łańcuchem. Zaczęła szamotać się próbując uwolnić się z
bolesnych pęt. Jeśli skrępują ja tym żelastwem zginie idąc na dno pod jego
ciężarem. Uspokój się! Usłyszała głos
chłopaka, ku jej zdumieniu jego usta nie poruszyły się. To telepatia. Odpowiedział bezgłośnie na pytanie malujące się w jej
oczach. A Teraz skup się, drugiej szansy
nie będziesz miała. Oplótł ją łańcuchami, ale zrobił to tak, że miała trochę
swobody. Powodzenia. Razem ze swoim
kompanem chwycili jej bezwładne ciało i biorąc zamach wyrzucili za burtę. Z
krzykiem przerażenia przebiła niespokojne fale. Lodowata woda niemal całkowicie
wycisnęła jej powietrze z płuc. Walcząc o każdy oddech wyswobodziła się z
krępującego jej ciało metalu. I wtedy porwał ją prąd. Wrażenie było takie jakby
głębiny próbowały rozerwać ją na strzępy. Spanikowana dostrzegła wyłaniające
się z odmętów bezcielesne zjawy. Jej naszyjnik rozbłysł oślepiającym światłem,
co na mgnienie oka odstraszyło odrażające stwory. Chodź z nami!
Potrzebujemy twojej siły! Upiorny
szept niemal ranił jej uszy. Jedno pragnienie. Chcę znaleźć się w bezpiecznym miejscu! Później była tylko ciemność.
.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-.-
*bądź uzdrowiona (zwrot
zaczerpnięty ze starej mowy występującej w książkach: „Eragon”, „Najstarszy” i
„Brisingr”).
CZYTASZ + KOMENTUJESZ=
MOTYWUJESZ
Jestem chora, wszystko
mnie boli i nie mam siły więc rozpisywać się dzisiaj nie będę.
Do następnego,
Artis